Mega test w poprzednim
numerze pozwolił nam efektownie i z wielkim
hukiem (raczej piskiem) zakończyć temat
hamulców. Dzisiaj, zupełnie bez zapowiedzi
zaczynamy opowieść o zawieszeniu.
Jak zwykle na początek
trochę przemądrzałej teorii. Postaramy się
jednak mądrzyć konkretnie. Będzie to trudne,
ponieważ temat jest nieporównywalnie bardziej
skomplikowany niż hamulce, a z całą teorią
musimy się zmieścić w jednym numerze "GT".
Pigułka zawiera dziś kluczową, z naszego punktu
widzenia, wiedzę o zawieszeniu.
Zawieszenie wraz z
oponami, jest odpowiedzialne za przyczepność i
zachowanie się samochodu podczas jazdy na
wprost, pokonywania zakrętów i hamowania. W
aucie do jazdy cywilnej ma zapewnić jak
najlepszą przyczepność, zarówno na równej jak i
wyboistej nawierzchni, a przy tym powinien
zostać zachowany jak najwyższy komfort jazdy.
Zawieszenie musi też dawać kierowcy poczucie
bezpieczeństwa, czyli zachowywać się stabilnie w
każdych warunkach. Aby zapewnić kierowcy takie
poczucie i precyzję prowadzenia przy zachowaniu
niezbędnego komfortu, we współczesnych autach
najczęściej mamy kombinację miękkich sprężyn z
amortyzatorami o względnie dużej sile tłumienia.
Z drugiej strony zdarzają się samochody, które
wydają się za miękkie i jakieś takie "mało
sportowe", ale nawet gwałtownymi manewrami
ciężko je doprowadzić do granicy przyczepności.
Dlatego należy tu odróżnić dwie rzeczy:
rzeczywistą przyczepność i "dobre prowadzenie".
Nie zawsze jedno automatycznie ogranicza drugie!
W samochodzie sportowym
trzeba przynajmniej częściowo zrezygnować z
komfortu jazdy. Poza tym, zawieszenie powinno
być jak najdokładniej dostosowane do typu
zawodów, nawierzchni, rozwijanej szybkości i
wszystkich innych warunków. Ten wymóg komplikuje
sprawę: inny "zawias" jest potrzebny na tor
wyścigowy, inny na rajd asfaltowy, szutrowy, a
jeszcze inny na śnieg. Pytanie jest banalne:
dlaczego? W ramach mądrzenia się, my na to
pytanie odpowiemy!
Dlaczego twardsze jest
lepsze?
Zacznijmy od sprężyn. Kiedy samochód wjeżdża w
zakręt, pod wpływem siły odśrodkowej przechyla
się. Jeśli sprężyny są miękkie, auto przechyla
się bardziej, jeśli twarde to mniej. Co się
wtedy dzieje? Gdy auto jedzie na wprost na każde
koło przypada pewna część całkowitej masy
samochodu (jest to rozłożenie masy). Załóżmy, że
każde koło jest równo obciążone - po 25% masy
auta, czyli 50% na każdą stronę. W zakręcie -
dajmy na to lewym - koła po wewnętrznej zostają
odciążone, a koła po zewnętrznej (czyli prawej)
- dociążone. W tym momencie masa nie rozkłada
się już po 25% na każde koło. Jeśli mamy zwykłe
sprężyny, to prawa strona dźwiga w tej chwili
np. 80% masy auta. Oznacza to, że lewe koła
toczą się w tym momencie bezużytecznie, a
zadanie utrzymania pojazdu w zakręcie spada na
dwie prawe, biedne i piszczące z wysiłku opony!
Gdybyśmy teraz założyli twardsze sprężyny, to na
tym samym lewym zakręcie, prawa strona zostanie
obciążona już nie 80-cioma - a dajmy na to -
sześćdziesięcioma procentami masy auta. W tej
sytuacji lewe i prawe opony są obciążone prawie
w równym stopniu i maksymalna prędkość z jaką
można pokonać ten zakręt znacznie się zwiększa.
Wróćmy na chwilę do tych wymyślonych sprężyn
seryjnych: a co będzie kiedy w zakręcie jeszcze
przyhamujemy, bądź dodamy gazu? Przy hamowaniu,
odpowiednio większa masa "przemieści się" na
prawe przednie koło i to właśnie ono pierwsze
straci przyczepność. Jeśli dodamy gazu - prawe
tylne. Dlaczego więc zamiast sprężyn nie wstawić
zwykłych kołków sosnowych? Wtedy masa samochodu
w ogóle nie przemieszczałaby się na zewnątrz
zakrętu i wszystkie opony pracowałyby równo.
Owszem, pomysł jest niezły, ale sprawdziłby się
tylko na idealnie równej nawierzchni. Każdy
najmniejszy dołek, czy wybój powodowałby utratę
przyczepności, gdyż nieruchome zawieszenie nie
mogłoby go płynnie "wybrać". Taka koncepcja była
swego czasu testowana przez jeden z zespołów
Formuły 1. Inżynierowie pomyśleli, że
zawieszenie bolidu ugina się na zakrętach nie
więcej niż 1 cm, spróbujmy więc pojechać na
całkowicie sztywnym! Okazało się jednak, że ten
jeden centymetr powoduje kolosalną różnicę i bez
niego w ogóle nie da się jeździć!
Zjawisko zmiany nacisku na
poszczególne koła podczas skręcania, hamowania i
przyspieszania, nazywamy dynamiczną dystrybucją
masy - w skrócie DDM. Jest ono kluczowe dla
zrozumienia jakie korzyści może dać twarde
zawieszenie.
Jednak rzadko które auto
ma idealne rozłożenie masy (25% na każde koło).
Jeśli więc np. przód jest cieżki (silnik z
przodu, napęd na przednie koła), sprężyny
przedniego zawieszenia muszą być twardsze niż
tylnego. Jeśli wszystkie pozostawimy takie same,
to przednie koła na każdym zakręcie bardzo
szybko będą traciły przyczepność. Gdybyśmy
dłużej pojeździli takim autem (nawet zakładając,
że kierowca nie zajmuje się paleniem gumy), to
przednie opony zużyją się w tempie
błyskawicznym, a tylne "ledwo-co", albo i w
ogóle. I odpowiednio na odwrót: w Porsche 911,
gdzie około 65% masy spoczywa na tylnych kołach,
przednie sprężyny w porównaniu z tylnymi
wyglądają jak sprężynki od tapczanu.
Do wywodu o DDM dodamy
znaczenie wysokości zawieszenia: jeśli
zawieszenie jest obniżone, to środek ciężkości
auta spoczywa niżej i karoseria ma mniejszą
ochotę przechylać się w zakrętach. Mniejsza jest
też DDM i automatycznie szybkość pokonywania
zakrętów może wzrosnąć. Samo obniżenie bez
utwardzenia daje względnie niewiele, więc nie
spodziewajmy się zauważalnej poprawy w wyniku
prostego cięcia sprężyn.
Twarde sprężyny wymagają
amortyzatorów o odpowiednio zwiększonej sile
tłumienia, aby samochód nie wymykał się spod
kontroli w krytycznych momentach, jak wejście w
zakręt, ostre hamowanie, czy jazda po wybojach.
W tym miejscu pora skomplikować nasze
rozważania. Wyliczenia DDM podane wyżej, można w
pełni zastosować na równym i gładkim torze
wyścigowym, albo na jednej z niezwykle licznych
polskich autostrad. Kiedy droga jest nierówna,
albo kiedy przyczepność jest niewielka,
konieczny jest kompromis. Jeśli mamy zamiar
poruszać się tuningowanym autem na co dzień, ani
sprężyny, ani amortyzatory nie mogą być
przesadnie twarde a wóz nie może "siedzieć" za
nisko. Najczęstsze jest zastosowanie zasady "jak
najniżej, jak najtwardziej". W wyniku takiej
filozofii, samochód szybko zaczyna ciągnąć za
sobą części podwozia urwane w kontakcie z
jezdnią, droga hamowania na wszelkich wybojach
niebezpiecznie się wydłuża, a kierowca musi od
nowa plombować ubytki w uzębieniu. Aby auto
miękko pokonywało nierówności i dobrze hamowało
oraz aby jednocześnie było "twardsze" na
zakrętach, wymyślono drążki stabilizacyjne. W
stopniu zależnym od swojej grubości i masy auta,
ograniczają one przechyły nadwozia, a co za tym
idzie i DDM na zakrętach.
Geometria teoretyczna i
bardzo praktyczna
Samochód styka się z drogą za pośrednictwem
czterech opon, przy czym faktyczna powierzchnia
styku wszystkich opon z podłożem wynosi
kilkanaście do kilkudziesięciu centymetrów
kwadratowych. Ponadto opony różnych firm,
rozmiarów i kategorii cenowych zapewniają bardzo
dużą przyczepność. Odpowiednio dobrane sprężyny
i amortyzatory walczą o utrzymanie stałego
kontaktu guma-asfalt na dziurach i wybojach, co
jak wiemy, we wszystkich krajach prócz Polski,
jest łatwe do zrealizowania. Geometria
zawieszenia, czyli kąty pod jakimi koła są w
czasie jazdy ustawione względem drogi, dba
natomiast o to, aby ta powierzchnia styku była
możliwie jak największa. Problem polega na tym,
że kiedy zawieszenie się ugina, koła zmieniają
swoje ustawienie. Podczas ostrego hamowania, w
wyniku zjawiska DDM przód samochodu nurkuje, a
przednie koła pochylają się górnymi krawędziami
do środka. W tym momencie nie są już ustawione
prostopadle do nawierzchni i opony nie stykają
się z nią całą szerokością bieżnika.
Przyczepność dramatycznie wręcz maleje, a akurat
teraz najbardziej by się przydała! Efekt to
wydłużona droga hamowania, a czym to może
grozić, nawet nie chcemy myśleć. Na zakręcie z
kolei, koła po zewnętrznej stronie łuku
odchylają się górnymi krawędziami na zewnątrz. I
znowu najbardziej obciążone opony pracują tylko
częścią swej szerokości. Zależność jest tutaj
prosta: im twardszy założymy "zawias", tym
niekorzystne wahania geometrii będą mniejsze.
Ale znowu pamiętajmy, że trzeba zachować
poprawkę na pokonywanie nierówności i nie można
z utwardzaniem przesadzić!
W tym miejscu znów należy
wspomnieć o obniżaniu zawieszenia. Ma ono ścisły
związek z geometrią. Na zeszłorocznym zlocie w
Toruniu (2002) naszą uwagę zwróciło pewne auto
znanej i lubianej bawarskiej marki. Wóz był
maksymalnie "rzucony na ziemię" i wyglądał
zaiste bardzo efektownie. Jednak w wyniku
obniżenia wszystkie koła tego pojazdu (obute w
opony nieprawdopodobnej szerokości), były
pochylone do wewnątrz pod bardzo dużym kątem. W
rezultacie samochód stykał się z drogą wyłącznie
wewnętrznymi kantami opon! W takiej sytuacji
samochód ma minimalną przyczepność i jeżdżenie
nim szybciej niż 40 km/h może być po prostu
niebezpieczne. O ile samochód ma nie tylko
lepiej wyglądać, ale i lepiej jeździć, nie
obniżajmy "na maxa"!
W następnym odcinku
zajmiemy się już praktycznym tuningiem
zawieszenia.
|
ZAWIESZENIE W
PIGUŁCE
Zawieszenie ma za
zadanie jak najlepiej wykorzystać
przyczepność opon. Na starych i łysych
"kapciach" i najlepsze zawieszenie nic nie
pomoże! Na równe i dobrze przyczepne
nawierzchnie - zawieszenie twarde i
niskie. Na śliskie i wyboje - miękko i
wyżej. Najważniejsze są sprężyny - one
kontrolują DDM. Do sprężyn dobiera się
siłę tłumienia amortyzatorów oraz
stabilizatory. Każdy luz w zawieszeniu
zmienia geometrię kół (kąty pochylenia,
zbieżność, itp.) i pogarsza przyczepność
samochodu. Tak samo źle jeździ się
samochodem z za miękkim jak i z za twardym
"zawiasem". |
Źródło: Wojciech Jurecki
"Teoria "zawiasów"", GT nr 9 (56), wrzesień
2003, str. 42-43