|
Przez jednych
użytkowników chwalone, przez innych
wyklinane. Producent tych
"szczelinowych" psioczy na łuskowe, a
producent "łuskowych" siedzi cicho i nie
przejmuje się tym szumem. Pojawiły się
też w prasie opinie podbudowane wieloma
trudnymi do zrozumienia "fachowymi"
wyrażeniami z dziedziny "mniemanologii
stosowanej" na ich temat. A prawda? Jak
zwykle leży pośrodku.
Każda strumienica
zamontowana w prawidłowym miejscu
powinna w określonym zakresie obrotów
silnika nieco poprawić szczególnie
przebieg jego maksymalnego momentu
obrotowego.
Nieszczęściem
naszych samochodów jest przykry fakt, że
użyteczny zakres obrotów silnika, z
jakich korzystamy, zawarty jest w
zakresie około 4000 rpm. Zwykle jest to
zakres od niecałych 2000 do 6000 rpm lub
nieco więcej.
Strumienica może
mieć wpływ na "odcinek" tego zakresu
zwykle w zakresie około 1000 obrotów.
Zatem by w pełni wykorzystać
dobrodziejstwo strumienicy, powinniśmy w
swoim samochodzie zastosować co najmniej
cztery niezależne układy wydechowe,
które automatycznie powinny się zmieniać
wraz ze zmianą obrotów naszego silnika.
Teoria jak również
praktyka, oparta o kilkadziesiąt
pomiarów na hamowni oraz pomiarów
trakcyjnych, sugerują, że
najbezpieczniejszym miejscem "wiecznego
spoczynku" strumienicy jest okolica
środkowego tłumika. W tym przypadku,
istotnie, wiele pomiarów wykazało zwyżkę
przebiegu maksymalnego momentu
obrotowego (m.m.o.) silnika, zwykle w
zakresie od 3000 do 4000 rpm.
Użytkownicy twierdzą, że wtedy silnik ma
większy "power". Mocy "toto" nie dodaje.
Śpijmy spokojnie. Natomiast rozbudowanie
i powiększenie m.m.o. przyczynia się do
zauważalnie lepszej elastyczności
silnika oraz lepszych przyspieszeń.
Zatem! Vivat
moment! a nie żadna tam moc! Żeby jednak
nie było tak pięknie, muszę zwrócić
uwagę, że niektóre samochody z
perfekcyjnie dopracowanym układem
wydechowym bronią się przed takim
rozwiązaniem. Takim ewidentnym
przykładem jest Toyota Corolla 1,4 z
silnikiem 4EFE, która ze strumienicą
osiągnęła 77/5000 KM oraz 115/2200 Nm, a
po zastąpieniu strumienicy, w tym
miejscu przepraszam za brak szacunku do
tego nowego elementu tuningowego, RURĄ o
średnicy 40 mm uzyskała następujące
parametry: 98/5000 KM oraz 140/4200 Nm.
Celowo nie podaję,
jakiego rodzaju jest strumienica, gdyż
interesują mnie skutki stosowanych
rozwiązań, a nie ból głowy producentów.
Ponaddwuletnie
potyczki ze strumienicami pozwoliły nam
na zaobserwowanie częściej pojawiających
się awarii uszczelki pod głowicą
silników samochodów, w których je
zastosowano. Być może jest to zbieg
okoliczności. I znów - najczęściej
problemy notowały samochody japońskie
oraz silniki wielozaworowe. Niemniej
uważam, że warto spróbować takiego
rozwiązania, traktując je jako pewnego
rodzaju doświadczenie. Koszt niezbyt
duży, a... przyjemność może być całkiem
niezła, a poza tym to zawsze można w
przypadku niepowodzenia "odkręcić kota
ogonem".
Najwięcej
kontrowersji budzi montaż strumienic w
miejsce katalizatora. Należy zacząć od
przypomnienia, że jest to po prostu
przestępstwo wobec środowiska. Powołam
się na przypadek Renault Clio II z
silnikiem 1,4 75 KM z dwoma sondami
Lambda. Silnik o przebiegu 35.000 km i w
doskonałym stanie, w ciągu 24 godzin od
zamontowania w lipcu strumienicy w
miejsce katalizatora, umarł śmiercią
nagłą ze "spłyniętymi" tłokami. Klient
został zmuszony do zakupienia następnego
tłumika. Oczywiście wielką role odegrała
sonda L. znajdująca się za
katalizatorem, którego niestety już nie
było. W przypadku tej awarii gromy
posypały się na mnie od "sfer"
związanych z producentem strumienic,
który opracował, szkoda, że zaocznie,
"ekspertyzę" wykluczającą awarię silnika
z powodu zamontowania strumienicy w tym
miejscu i w tym samochodzie. A prawda
jest taka, że szanowny użytkownik po
założeniu strumienicy oraz po
stwierdzeniu, że wigoru silnikowi
radykalnie ubyło, postanowił tego
gorącego dnia zmusić do zmiany decyzji
silnik poprzez niezwykle dynamiczną
jazdę. Jego akt desperacji poparty był
typowym, aczkolwiek dość błędnym
założeniem, że "elektronika się
dostroi". I całe szczęście, że przezorni
producenci samochodów zaczęli stosować
dwie sondy L., co ograniczy w pewnym
stopniu zabawy z usuwaniem tego
przeklętego "kata". No właśnie. Od
pewnego czasu otrzymuję wiele pytań o
możliwość oszukania sondy L.
umieszczonej za katalizatorem.
A ile zyskujemy w
przykładowym seryjnym silniku o mocy
około 100 KM po usunięciu "kata" i
zastąpieniu go moją ulubioną RURĄ?
Najczęściej w okolicy 2 KM, a gratis
możemy się nadziać na: pojawiające się
problemy z przejściem obrotów silnika z
małych na większe oraz "dziury" w
obrotach oraz zwiększone zużycie paliwa.
A magnetyzery jako
rekompensata katalizatora? Panowie!
Dajcie sobie spokój!!! A może jakąś inną
bajkę Wam poczytać?
Źródło:Jacek
Chojnacki "Strumienice wydechowe: klęska
czy sukces?", AUTO TUNING ŚWIAT nr 2,
luty 2003, str. 42
|