|
Jeszcze nie mam syna,
nie wybudowałem domu i nie posadziłem drzewa.
Ale... jechałem Fordem Focusem WRC.
Samochody WRC to
najwyższa półka wśród pojazdów wyczynowych. Ze
swoimi seryjnymi odpowiednikami mają tylko
wspólną nazwę i kształt nadwozia. Są
nieprawdopodobnie szybkie i nieprawdopodobnie
kosztowne. Każdy przejechany kilometr to
wydatek rzędu tysiąca złotych.
Fordem Focusem WRC kilka
lat temu na szlakach Rajdowych Samochodowych
Mistrzostw Świata zwyciężał podziwiany przeze
mnie Szkot Colin McRae. Jeszcze do niedawna
jeździł nim wielokrotny Mistrz Polski Janusz
Kulig.
Moje marzenie, by
zasiąść za kierownicą takiej maszyny, miało
zrealizować się w czasie treningu na odcinku
specjalnym czeskiego Rajdu Barum.
Poranek z niebem pełnym
chmur nie nastrajał optymistycznie. Nie czułem
się najlepiej - dopadła mnie jesienna grypa.
Kiedy jednak dojechaliśmy na jedno ze wzgórz
niedaleko Żlina, krajobraz nabrał barw, a mnie
poprawił się humor. Na płycie nieużywanego
lotniska stał wóz serwisowy, obok rozbity był
namiot czeskiej stajni rajdowej Jolly Club, a
tuż przy nim drażnił swoim widokiem on - Ford
Focus WRC!
Cztery do setki
Janusz Kulig wraz z pilotem Jarkiem Baranem
kończyli swój trening. Nie mogłem doczekać się
chwili, kiedy wsiądę do Focusa. Okazało się
jednak, że przede mną jedzie jakiś Czech,
pewnie także dziennikarz. Przypatrywałem się z
zaciekawieniem.
Facet usiadł za
kierownicą, a mechanik zaczął wyjaśniać mu, do
czego służą dziesiątki przycisków znajdujących
się na desce rozdzielczej. Wreszcie silnik
został odpalony, a wokół rozległ się typowy
dla samochodów WRC ryk. Po ciele przeszedł
dreszcz. Pomyślałem, że stoję obok jednego z
najszybszych samochodów rajdowych świata.
Czech próbował ruszyć,
ale silnik ciągle gasł. Powiodła się dopiero
czwarta próba. Silnik rozpędzał auto, ale
pracował nierówno. Pierwsze okrążenie Czech
przejechał zachowawczo, jednak kolejne były
coraz szybsze. Po chwili Focus pędził pełną
parą z płynnymi poślizgami na zakrętach. I
wtedy pomyślałem: "Mroczek, co ty tu robisz,
chłopie?! Może lepiej zrezygnuj i nie
ośmieszaj się, skoro czescy dziennikarze tak
prowadzą auta!". Tak, to mogła być wielka
kompromitacja...
Ochłonąłem nieco, kiedy
usłyszałem, że moim poprzednikiem był...
zawodnik, który testował samochód, by wynająć
go na rajd. Po kilkunastominutowej jeździe
Focus znalazł się w namiocie serwisowym, gdzie
mechanicy sprawdzali jego stan.
Teraz moja kolej.
Szedłem niepewnie, mając świadomość, że za
chwilę nacisnę pedał gazu w samochodzie, który
potrzebuje tylko czterech sekund, by dobić do
100 km/h. Ale najpierw trzeba było skupić się
na ruszaniu. Sprzęgło bierze błyskawicznie -
przypomniał Janusz Kulig.
Kurs pilotażu
Wsiadłem. Na fotelu na fotelu pilota czekał
Mira Svec, mechanik Jolly Clubu, inni zapinali
mi mocowane na stałe, pięciopunktowe pasy
bezpieczeństwa. Były mocno zaciśnięte,
uwierały. Ale wiedziałem, że tylko wtedy będą
działać prawidłowo. Miałem jednak nadzieję, że
nie będę musiał sprawdzać ich skuteczności.
Focus WRC jest doskonale
zabezpieczony przed skutkami wypadnięcia z
trasy. Wnętrze zabudowane zostało klatką
bezpieczeństwa z 48 metrów stalowych rur.
Kubełkowy fotel nie pozwalał na jakiekolwiek
przesuwanie się ciała kierowcy, a wspomniane
pasy dodatkowo ograniczały możliwość ruchu.
Ale sterowanie autem WRC nie wymagało
odrywania się od fotela. Wszystko było pod
ręką.
Mira Svec opowiadał mi o
funkcjach poszczególnych przełączników na
desce rozdzielczej. Ekran komputera
pokładowego wyglądał, jakby został wymontowany
z samolotu. Po załączeniu pojawiły się na nim
wyniki programu sprawdzającego parametry auta.
Można było sprawdzić temperaturę wody w
chłodnicy, oleju w motorze, w skrzyni biegów i
układach różnicowych. Cieszyłem się, że
komputer nie mierzy mojego pulsu i ciśnienia
krwi - pewnie wyrzuciliby mnie z samochodu,
gdyby je poznali.
Mechanik opowiadał
dalej, a ja odniosłem wrażenie, że z ustawień
auta WRC można by się doktoryzować. Nic
dziwnego, bo to właśnie w takich autach
testowane są najnowocześniejsze rozwiązania,
które później mają szansę trafić do seryjnej
produkcji.
Dowiedziałem się, że
przed każdym startem obowiązuje określona
procedura. Mechanicy dają zgodę na start, a
pilot uruchamia kolejnymi przełącznikami obieg
prądu, zapłon, pompy paliwowe, układy
różnicowe i wreszcie naciska przycisk "start"
uruchamiający rozrusznik. Mira poinstruował
mnie jeszcze, że biegi najlepiej zmieniać
przed osiągnięciem 5,5 tys. obr./min. Po
zakończeniu procedury kontrolującej sprawność
samochodu na ekranie komputera pojawił się
obrotomierz i wielka cyfra informująca o
położeniu dźwigni skrzyni biegów, a raczej o
położeniu, jakie aktualnie było włączone.
Dźwignia sekwencyjnej skrzyni biegów pozostaje
bez względu na przełożenie zawsze w tym samym
miejscu. Redukując szybko odpychamy dźwignię w
stronę deski rozdzielczej. Podczas
przyspieszania przyciągamy ją do siebie.
Ja na gaz, a on zgasł
Mira uruchomił silnik. Przed szybką jazdą
trzeba go było rozgrzać. Mechanik coś do mnie
mówił, ale już go nie usłyszałem... Na
szczęście zaczął działać interkom
zainstalowany w moim kasku. Próbnie wcisnąłem
pedał sprzęgła. Poczułem jedynie coś, co
przypominało kliknięcie myszki komputerowej.
"Mroczek - pomyślałem - nie będzie ci łatwo
ruszyć tę maszynę".
Mechanik stojący przed
samochodem pokazywał mi kierunek, pomagając
wyjechać z namiotu serwisowego. Szczęśliwie
dla mnie było pochyło... i samochód sam się
wytoczył.
Chwila prawdy. Ruszałem,
abo przynajmniej tak mi się wydawało.
Zwolniłem z uwagą pedał sprzęgła. Auto
szarpnęło. Silnik zgasł. Byłem pokonany. Jeden
do zera. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, co
mówił Janusz Kulig. Mechanik mówił: "Większe
obroty!". Próbowałem więc ruszyć z poziomu 4,5
tys., ale nie potrafiłem precyzyjnie utrzymać
silnika na odpowiednich obrotach. Pedał gazu
był tak samo czuły jak pedał sprzęgła. Dlatego
wachlowałem gazem, by choć zbliżyć się do tego
zakresu. "Prędzej chyba będę miał ksywę
"Drżąca Stopa" niż uda mi się ruszyć" -
przemknęło mi przez głowę.
Zwalniałem sprzęgło i
zaczynałem czuć, że samochód wreszcie
niepewnie rusza. Udało się!
Walczyłem z myślami,
miałem świadomość, że na moją jazdę
zarezerwowano tylko kilkanaście minut - nie
mogłem tego zmarnować! Wcisnąłem gaz i
poczułem, jak fotel wrzyna mi się w plecy.
Kolejna myśl: "Takie auto kosztuje 2 mln zł!".
To była ostania trzeźwa myśl, jaka przysżła mi
do głowy.
Przyspieszenie
spowodowało, że przestała docierać do mnie
większość bodźców, jakie normalnie odbiera się
podczas jazdy. Nie czułem nierówności
nawierzchni, uwierających pasów. Tylko ryk
rozpędzonego WRC podnosił mi poziom adrenaliny
do pułapu, jakiego jeszcze nigdy nie
doświadczyłem.
Tego, co WRC wyprawia z
powietrzem, nie da się opisać. Zasysa, sapie,
syczy, detonuje... Kiedy pokonywałem kolejne
kilometry , wsłuchując się w jego dźwięki,
nikt nie byłby w stanie mnie przekonać, że
jakakolwiek orkiestra dęta na świecie może
brzmieć lepiej! Jednak najbardziej efektowne
były strzały z układu wydechowego generowane
przez tzw. podtrzymanie turbosprężarki, tak
bardzo lubiane przez kibiców rajdowych.
Dźwięki docierały do wnętrza kabiny z całą
siłą, bez zniekształceń wywołanych materiałami
wygłuszającymi. WRC musi być przecież jak
najlżejsze.
Kulig z poślizgami
Jechałem coraz szybciej i szybciej, hamowałem
- wszystko działało bezbłędnie. W tym aucie
nie można było narzekać na nieprecyzyjny układ
kierowniczy, słabe hamulce, czy długie skoki
dźwigni zmiany biegów. Wszystko było dobrane
idealnie. Nawet dozowanie hamowania
perfekcyjne, nie za lekko i nie za ciężko.
Pierwsze okrążenie
przejechałem asekuracyjnie, drugie już trochę
szybciej, udało mi się jechać nawet
poślizgami. Auto słuchało kierowcy i
błyskawicznie reagowało na ruchy kierownicy.
Kolejny łuk, hamowanie
lewą nogą, samochód zacieśnił zakręt i po
odpuszczeniu wszedł w kolejny poślizg. Teraz
już wiedziałem, dlaczego kierowcy rzadko mówią
o strachu. Na takie emocje podczas jazdy po
prostu nie ma czasu. Skupiasz się jedynie na
tym, by jechać jak najszybciej i utrzymać
samochód na drodze. Gorąco jest dopiero wtedy,
gdy samochód wymyka się spod kontroli, ale to
są ułamki sekund...
Auto WRC to bardzo
skomplikowana zabawka. Zadaniem pilota jest
nie tylko precyzyjne dyktowanie kierowcy trasy
odcinka specjalnego. Musi również kontrolować
kondycję samochodu, kalkulować czas potrzebny
na dojechanie do punktów kontrolnych i bardzo
dobrze orientować się w przepisach rajdowych.
Jakby emocji było mało, Janusz Kulig
zaproponował: - Może teraz pojedziesz ze mną?
Kiedy Mistrz Polski
rusza w tę samą trasę, zacząłem zapierać się o
metalową płytę zamocowaną pod stopami. Już na
pierwszym zakręcie byłym pewny, że nie mamy
szans utrzymać się na drodze. Myliłem się.
Janusz ze spokojem w oczach ponownie rozpędził
auto na prostej. Nie chciałem widzieć mojej
miny, kiedy wjeżdżając poślizgiem w łuk na
mostku z prędkością 150 km/h, niemal
musnęliśmy metrowej wysokości murek. Janusz
mrugnął i powiedział: - Niektórzy mówią, że
Kulig nie potrafi jeździć poślizgami - i
rozpoczął taniec na drodze nafaszerowanej
ostrymi zakrętami. Ciężko było uchwycić
moment, kiedy Focus przemieszczał się
równolegle do kierunku jazdy. "Ja się do tego
nie nadaję" - pomyślałem. Piloci muszą chyba
być ślepi i brać coś na otępienie, by
świadomie decydować się na takie akcje. Janusz
widząc moją reakcję uśmiechnął się i
powiedział: - Spokojnie, to tylko trening. Na
rajdzie jedzie się 20 procent szybciej. Teraz
już wiedziałem, co naprawdę potrafi Ford Focus
WRC.
Adrenalina znakomicie
rozczula, ale skalę przeciążeń, jakim
poddawani są kierowca i pilot, łatwo ocenić po
sińcach, jakie pojawiają się na plecach po
jeździe.
Te kilkanaście minut
spędzonych w kabinie profesjonalnego samochodu
rajdowego pozostanie w mojej pamięci chyba tak
długo jak moment, kiedy miałem 12 lat i ojciec
pozwolił mi po raz pierwszy samodzielnie
poprowadzić samochód.
Odnoszę wrażenie, że
jestem zwolniony z układania cegieł i sadzenia
czegokolwiek - prowadziłem samochód WRC!
Źródło: Szczepan Mroczek
"Na wysokich obrotach"
WYSOKIE OBROTY nr 6 (dodatek do Gazety
Wyborczej), 6 listopada 2003, str. 8-9
|