|
Zaiste wiele mądrości
zawiera się w stwierdzeniu, że nikt z nas nie
kieruje samochodem ani tak dobrze, jak o tym
myśli, ani tak źle, jak to oceniają inni. Jaka
zatem jest w tej mierze prawda? Nie ulega
wątpliwości, że możemy mówić o innej niż w
zachodniej Europie, specyfice ruchu drogowego
w Polsce.
A różnice nie wynikają
jedynie z braku autostrad i niedostatku
dobrych dróg. Dają się zauważyć
charakterystyczne dla sporej części rodaków
złe nawyki w technice i taktyce prowadzenia
auta. Spróbowałem je usystematyzować pod
nazwą: kierowców siedem grzechów głównych.
Oczywiście każdy z Czytelników musi sam
ocenić, które z nich popełnia...
Grzech pierwszy - za
mało życzliwości
Kiedy motoryzacja
zaczęła się rozwijać, głównym postulatem, w
trosce o bezpieczeństwo ruchu było skrupulatne
przestrzeganie przepisów. Z czasem okazało
się, że to nie wystarcza. Hasłem więc na całe
lata została jazda defensywna. Ale i tę
technikę trzeba było oddać do lamusa, kiedy po
szosach i ulicach zaczęła się toczyć -
ostatnio coraz bardziej widoczna również w
naszym kraju - lawina pojazdów. W tej nowej
sytuacji imperatywem stało się partnerstwo na
drodze.
Zachowanie sprawności ruchu, a jest to teraz
najważniejszy wymóg zmotoryzowanej
cywilizacji, zależy w dużej mierze od
wzajemnych ustępstw, rezygnacji z formalnego
"pierwszeństwa". Najprostszym tego przykładem
może być umożliwienie kierującemu, który czeka
w bocznej uliczce, wjazdu na zatłoczoną
arterię. W praktyce za kierownicą raz po raz -
w intensywnym ruchu - miewamy okazje do
życzliwego gestu. Bądźmy świadomi, iż na
drodze wyjątkowo konsekwentnie działa prawo
wzajemności. Teraz my umożliwimy komuś
kontynuowanie jazdy, a za chwilę dzięki innym
sami unikniemy przedłużającego się postoju. Z
podobną kurtuazją odnośmy się również do
pieszych, choćbyśmy oceniali ich zachowanie
jako niezbyt odpowiedzialne.
Jedna tu uwaga praktyczna: baczmy, czy nasza
rezygnacja z pierwszeństwa przejazdu nie
zaskoczy innych kierujących, którzy również
mają pierwszeństwo.
Grzech drugi -
lekkomyślna zmiana pasa ruchu
To prawda, że przepisy
limitują dopuszczalną prędkość na określonych
drogach, ale również realia - o których stale
przypominamy - są takie, iż obok powolnych
"maluchów" śmigają po sąsiednich pasach
pojazdy bez porównania szybsze. Reguły
dotyczące zmiany pasa ruchu są ściśle
określone. Każda zmiana lekkomyślna, nie
poprzedzona staranną obserwacją sytuacji na
drodze i bez wcześniejszego zasygnalizowania
(!) takiego manewru, powoduje zagrożenie. Tym
większe, im znaczniejsza jest różnica
prędkości między autem, które zjeżdża na
sąsiedni pas ruchu a pojazdem, który z tyłu
tym pasem się zbliża.
W dużych aglomeracjach, w których część ulic
ma jezdnie jednokierunkowe o dwóch lub trzech
pasach ruchu, spotyka się kierowców -
specjalistów od slalomu między pojazdami.
Przeskakują oni z pasa na pas, aby zyskać...
no właśnie, wcale nie tak wiele, bo tylko
kilkanaście sekund.
Wielu z nas jeździ do Niemiec, gdzie na
autostradach maksymalna prędkość nie jest
ograniczona. Uważajmy tam, bo na lewym pasie,
jeśli nań nieroztropnie wjedziemy, może -
także motocyklista - dogonić nas ktoś pędzący
z szybkością znacznie przekraczającą 200 km/h.
Na głównych trasach coraz częściej spotykamy,
gdy dochodzi doń boczna droga, dodatkowe pasy
włączeń. Uczmy się z nich korzystać. To znaczy
służą one do nabrania prędkości i sprawnego
włączenia się do ruchu na zasadzie "zamka
błyskawicznego". Błędem jest zatrzymanie auta
na pasie włączeń i czekanie na okazję do
kontynuowania jazdy.
Grzech trzeci -
niedostosowanie prędkości
Mamy tu do czynienia z
prawdziwym paradoksem. Mianowicie wykroczenie,
które najczęściej prowadzi do wypadku, nie
bywa w ogóle represjonowane. Cała bowiem uwaga
skupia się na przestrzeganiu formalnych
limitów szybkości. Te bowiem są nagłaśniane (np.
głośne spory "60" czy "50" na obszarze
zabudowanym) w mediach i na nich skupiają się
policyjne kontrole.
Wcale nie wykluczam, że wielki szum wokół tych
limitów dezorientuje kierujących pojazdami,
jaka to prędkość bywa naprawdę groźna.
Autentycznie zaś niebezpieczną szybkość -
niezależnie od jej fizycznego wymiaru -
rozwijamy wówczas, gdy normując tempo jazdy
nie uwzględniamy warunków drogowych, pogody,
stanu technicznego pojazdu i rodzaju ładunku,
własnego samopoczucia i ogólnego
doświadczenia, natężenia i specyfiki ruchu, a
także różnych innych czynników.
Formalnie zwykłą drogą poza obszarem
zabudowanym możemy jechać 90 km/h. Nie radzę
jednak nikomu, nawet autem z nowoczesną
elektroniką, rozwijać takiej szybkości nawet
na prostym odcinku jezdni, ale takiej z
głębokimi koleinami wypełnionymi wodą po
opadach, rozlewiskami w nierównościach asfaltu
itd.
Odwołam się do jeszcze bardziej
spektakularnego przykładu. Kiedy dłuższą trasę
pokonujemy przy pięknej pogodzie, do rzadkości
należy widok rozbitych pojazdów. Gdy jednak
pada deszcz lub śnieg, to na tej samej drodze
napotkamy zazwyczaj niejedno rozbite auto.
Podkreślam: właściwe - czyli odpowiednie do
wszystkich okoliczności związanych z jazdą -
normowanie prędkości samochodu jest jedną z
największych zalet każdego kierowcy.
Grzech czwarty -
wjeżdżanie mimo żółtego sygnału
Przepis i zdrowy
rozsądek zgodnie zakazują wjazdu na
skrzyżowanie w czasie wyświetlania sygnału
żółtego. Aliści przepis dopuszcza tu wyjątek.
Mianowicie nie dotyczy to kierujących, których
pojazdy w chwili zapalenia się żółtego światła
znajdują się tak blisko sygnalizatora, że nie
mogą być zatrzymane przy nim bez gwałtownego
hamowania.
Ta słuszna skądinąd zasada bywa jednak - i to
nagminnie - wykorzystywana do nadużyć.
Najczęściej w ten sposób, że kierujący, aby
mieć alibi, iż nie był w stanie zatrzymać
pojazdu przed sygnalizatorem, zamiast
ograniczyć - zwiększa prędkość przed
skrzyżowaniem.
Podobna taktyka stała się już na tyle
powszechna, iż muszę ostrzec tych, którzy
zechcą zatrzymać swój samochód na widok
żółtego światła. Otóż taki manewr może -
zważywszy na zwyczaje - zaskoczyć osobę jadącą
z tyłu, który miast przygotować się do
hamowania, zacznie już wcześniej przyśpieszać,
aby "zdążyć" pokonać skrzyżowanie przy żółtym
sygnale.
Grzech piąty -
zakłócanie ruchu kolumny
Jakiekolwiek
przyhamowanie, choćby przez ciągnik, ruchu na
szosie powoduje tworzenie się kolumn pojazdów,
które w ciasnym szyku pokonują niejednokrotnie
sporo kilometrów. I robią to sprawnie pod
dwoma warunkami. Pierwszy z nich jest
następujący: kierowca, który widzi, że
bezpośrednio za nim ciągnie się sznur
samochodów, powinien dołożyć starań, aby -
zachowując wymogi bezpieczeństwa - rozwijać
jak największą prędkość.
Drugi warunek wymaga nieco szerszego
omówienia. Otóż bałagan i zagrożenie w
kolumnie powodują ci kierowcy, którzy za
wszelką cenę usiłują przeskoczyć do przodu o
jeden, dwa, kilka pojazdów. Wyjeżdżają wiec z
kolumny na pas ruchu przeznaczony dla
przeciwnego kierunku jazdy i przystępują do
wyprzedzania. Ale zazwyczaj trwa ono krótko,
gdyż przy obecnym zmasowaniu pojazdów na
drogach, ktoś jadący z przeciwka zmusza -
grozi wszak zderzenie czołowe - intruza do
ponownego zajęcia miejsca w kolumnie. A to
częstokroć bywa kłopotliwe, gdy auta jadą w
ciasnym szyku. Takie ekscesy zakłócają ruch
kolumny, w efekcie istotnie zmniejszając jej
prędkość.
Grzech szósty -
pochopne wyprzedzanie
Agresja, tak powszechna
w naszym społeczeństwie, w praktyce za
kierownicą przejawia się również w nadmiernej
skłonności do wyprzedzania. Na wąskich - w
większości - drogach realizacja tego manewru
wymaga zjechania na pas ruchu przeznaczony dla
przeciwnego kierunku jazdy. Ni mniej, ni
więcej oznacza to, iż wyprzedzanie wiąże się
częstokroć ze znacznym ryzykiem. Tym
poważniejszym, iż zagrożenie mogą spowodować
inni uczestnicy ruchu - na przykład kierujący
pojazdem wyprzedzanym.
Warto zatem pamiętać o tym, że nie ma
obowiązku wyprzedzania. Dlatego we wszystkich
sytuacjach wątpliwych, a zwłaszcza gdy
poprzednik nie jedzie zdecydowanie zbyt wolno,
zrezygnujmy z tego manewru. Powiem więcej. W
warunkach ograniczonej widoczności, np. w
nocy, albo kiedy zalega mgła, jadący przed
nami pojazd będzie stanowił doskonałą tarczę
przed wszystkimi przeszkodami, jakie
niespodziewanie mogą pojawić się na drodze.
Jazda za jakąś ciężarówką lub autobusem będzie
na pewno dużo bezpieczniejsza.
Grzech siódmy -
ślamazarność
To prawda, że skutki
każdego wypadku w decydującej mierze zależą od
tego, przy jakiej szybkości doszło do
zdarzenia. Stąd zasadność do nawoływania do
rozsądnego normowania prędkości jazdy. Ale
uwaga! Owo roztropne ustalenie tempa
podróżowania samochodem wcale nie oznacza, że
pojazd może poruszać się ślamazarnie. W
różnych sytuacjach taka nadmierna
powściągliwość może nie tylko ograniczać
sprawność ruchu, ale i zagrażać jego
bezpieczeństwu.
Na szosie zbyt wolna jazda powoduje, że
wymuszamy na innych kierujących manewr
wyprzedzania. W mieście, gdy ruszamy po
wyświetleniu zielonego światła, jeśli od razu
nie będziemy zdecydowanie przyśpieszać, to
zakłócić możemy ruch pojazdów
przemieszczających się za nami, co grozi
stłuczkami.
Dlatego warto tu przypomnieć przepis, że
kierujący pojazdem jest obowiązany jechać z
prędkością nie utrudniającą jazdy innym
kierującym.
Pośpiech bywa również wskazany, gdy wskutek
drobnej kolizji z innym pojazdem, albo w
następstwie awarii technicznej nasz samochód
zostanie unieruchomiony. W takich sytuacjach
bezzwłocznie usuwamy auto z jezdni gdzieś na
bok, aby nie tarasowało ono ruchu i nie
stanowiło celu do uderzenia przez jakiś
nadjeżdżający pojazd.
Te wszystkie uwagi
służyły w istocie jednemu celowi. Wywołaniu
refleksji, czy jeździmy już tak znakomicie, iż
nie możemy tego robić lepiej, a tym samym i
bezpieczniej.
Źródło: Jerzy
Pomianowski "Jak jeździmy naprawdę?", MOTOR nr
47 (2528), str. 34-35, 24 listopada 2001

|