Przed chwilą mieliśmy
kolizję, w ręku trzymamy już oświadczenie
sprawcy, ale nadal nie możemy opanować
zdenerwowania. Nasz piękny, pielęgnowany
samochód bardziej przypomina egzemplarz
przeznaczony do złomowania, niż pojazd, który
ma nam jeszcze służyć.
Tydzień temu pisaliśmy,
jak zachować się zaraz po kolizji,
zabezpieczyć miejsce zdarzenia, na co zwrócić
uwagę podczas przygotowania oświadczenia
sprawcy i w jakich okolicznościach niezbędne
jest wezwanie policji. Tym razem zajmiemy się
problemem, co zrobić dalej z rozbitym autem i
jakie "niespodzianki" mogą na nas czyhać.
"Holownik" na
zawołanie
Zdaję sobie sprawę, że każdy uczestnik kolizji
jest zdenerwowany, niezależnie od tego, czy
tzw. stłuczka powstała z jego winy, czy też
nie. Ale właśnie dlatego nie powinien wtedy -
dla własnego dobra - podejmować jakichkolwiek
decyzji, dopóki nie opadną emocje.
Zazwyczaj już po kilku
minutach od zdarzenia, zanim jeszcze nadjedzie
policyjny radiowóz czy pogotowie ratunkowe,
nadciągają "pomocnicy" czyli pojazdy pomocy
drogowej.
Często zdarza się, że
pojawia się ich nawet kilku. Spieszą się, bo
wiedzą, że kto pierwszy, ten lepszy. Trudno
jednoznacznie ustalić, skąd czerpią tak
błyskawiczną informację, ale faktem jest, że w
tej dziedzinie wyprzedzają wszystkie inne
służby.
Czemu tak się spieszą?
Otóż nie tylko dlatego, by zainkasować słoną
opłatę za holowanie do serwisu. Każdy z
"pomocników" ma prócz tego nieformalną umowę z
jednym lub kilkoma warsztatami,
specjalizującymi się w naprawach rozbitych
samochodów, i dostarczenie do nich auta
przynosi mu wymierne, a nieopodatkowane,
korzyści finansowe.
I właśnie dlatego
życzliwy "pomocnik" poleca zdenerwowanemu i
zdezorientowanemu właścicielowi uszkodzonego
auta miejsce, w które najchętniej dostarczy
rozbity wóz. Rekomendowany przez niego serwis
jest oczywiście najlepszy, najtańszy, pracuje
najszybciej i dysponuje najnowocześniejszymi
urządzeniami. Nie zawsze, niestety, jest to
prawda.
W pułapce
Dowieziony do warsztatu, wciąż jeszcze
zdenerwowany klient niemal machinalnie
podpisuje zlecenie na naprawę. Pół biedy,
jeżeli remont jest dokonywany za pieniądze
właściciela samochodu. Znacznie gorzej, gdy
płatnikiem ma być ubezpieczyciel. Klient
otrzymuje wówczas do podpisania zlecenie, by
firma ubezpieczeniowa przelała zapłatę na
konto warsztatu.
I kiedy je podpisze,
jest już całkiem przegrany. Nie ma bowiem
żadnych, albo prawie żadnych, sankcji, by
wyegzekwować od warsztatu rzetelność i
terminowość naprawy oraz - jeżeli jest mu to
potrzebne - samochód zastępczy. Cofnięcie
upoważnienia na przelanie odszkodowania na
konto warsztatu (jedyny pewny środek nacisku)
może spowodować, że rozebrany samochód
zostanie wystawiony z warsztatu. Klient może
tylko zgrzytać zębami, gdy kolejne wyznaczane
przez serwis terminy odbioru auta nie są
dotrzymywane, gdy fakt, iż jego auto stoi pod
płotem, tłumaczony jest trudnościami w
zdobyciu części zamiennych (albo nie
tłumaczony wcale) i gdy właściciel serwisu nie
odpowiada na na jego telefony etc., etc. Bywa
nawet, że gdy przyjedzie obejrzeć postępy prac
przy swoim aucie, odpowiada mu się, że nie
pokazują auta w trakcie naprawy (sic!).
Zlecenie przecież już
dał, o pieniądze nie będzie się targował, bo
nie on płaci, lecz ubezpieczyciel. Innymi
słowy - jest już schwytany w sieć
nierzetelnego warsztatu, z którego trudno mu
się będzie uwolnić.
Często przy tym się
zdarza, że każdy następny zleceniodawca, który
przyjedzie do serwisu, zwłaszcza taki, który
sam płaci za naprawę - jest obsługiwany w
pierwszej kolejności, bo może zdecydować się
na naprawę w tym warsztacie lub jechać do
konkurencji. O niego trzeba dbać. O złowionego
już nie.
Co ciekawe, jedną z
pierwszych czynności, którą wykonuje serwis,
jest demontaż rozbitka. Teoretycznie dlatego,
by przedstawiciel ubezpieczyciela mógł
weryfikować zakres szkód. Praktycznie po to,
aby klient się nie rozmyślił. Jak bowiem
zabierać samochód na przykład ze zdemontowanym
zawieszeniem...
Jak więc postępować, by
być "mądrym po szkodzie"?
Bez pośpiechu
Po pierwsze - nie należy godzić się na
propozycję "holownika". Jeżeli chce poczekać,
aż podejmiemy przemyślaną decyzję o miejscu
naprawy naszego auta, to niech czeka. Jeżeli
nie, niech odjeżdża. Nawet wówczas - a
sytuacje takie się zdarzają - gdy policja
nalega na odholowanie rozbitego samochodu,
możemy jedynie usunąć auto z jezdni, a wcale
niekoniecznie natychmiast je odholowywać.
Fakt, że dany zakład
posiada autoryzację jakiejś marki, wcale nie
oznacza, iż będziemy w nim właściwie
obsłużeni! Możemy natomiast przeprowadzić
telefoniczną sondę wśród zmotoryzowanych
znajomych, by polecili jakiś serwis, który
znają z własnego doświadczenia lub z
doświadczeń innych. Warto też zadzwonić do
działu technicznego importera lub producenta
samochodu z prośbą o zarekomendowanie kilku
najbliższych zakładów. Oczywiście przy
założeniu, że rekomendację tę traktujemy
wyłącznie jako materiał pomocniczy, nie zaś
decydujący.
Następnym krokiem jest
rozmowa telefoniczna z przedstawicielami
wytypowanych serwisów. Podstawowym pytaniem,
jakie należy zadać, jest to, czy dostaniemy
samochód zastępczy na czas naprawy. Brak auta
zastępczego lub deklaracja, że chwilowo nie
ma, ale będzie za kilka dni (realizacji takiej
obietnicy nie da się nijak wyegzekwować), może
nas skłonić do zakończenia rozmowy.
Przydzielenie nam auta zastępczego przez
zleceniobiorcę jest praktycznie jedyną
gwarancją, że będzie się starał dokonać
naprawy szybko i rzetelnie. Na żadne inne
metody "dopingujące" nie mamy co liczyć.
Dowodem wyjątkowej
troski o zachowanie należytej staranności przy
wyborze warsztatu byłyby odwiedziny w nim
(jeszcze bez samochodu) i zwrócenie uwagi na
to, co może zaobserwować laik: porządek,
czystość (warsztatu, a nie miejsca, gdzie
przyjmuje się klientów!) i organizacja pracy.
Trudno jednak "na zapas" szukać takiego
miejsca.
Jeżeli naprawę
wykonujemy na koszt swojego ubezpieczyciela,
albo ubezpieczyciela sprawcy szkody, nie
oznacza to bynajmniej, że musimy wystawiać
zleceniobiorcy upoważnienie do odbioru
pieniędzy. Gdy przedstawiciel firmy
asekuracyjnej zatwierdzi przygotowany przez
warsztat kosztorys remontu (oczywiście w grę
wchodzi wyłącznie użycie nowych części i
zastosowanie technologii naprawy przewidzianej
przez producenta), równie dobrze to my możemy
odebrać pieniądze z kasy ubezpieczyciela i
zapłacić nimi za solidnie i terminowo wykonaną
usługę.
W przypadku gdy za
naprawę płaci firma ubezpieczeniowa, warto
zdecydować się na wybór autoryzowanej stacji
obsługi danej marki. Koszt prac i części jest
wówczas znacznie wyższy niż w serwisie
obsługującym wiele marek, ale nas to przecież
nie dotyka, istnieje zaś większe
prawdopodobieństwo wykonania naprawy zgodnie z
normami. Oczywiście pewności nie mamy również
w tym przypadku, ale...
Jeżeli mówimy o
terminie, to z dużą dozą nieufności powinniśmy
potraktować warsztat, w którym obiecują, że
mocno rozbite auto będzie gotowe za kilka dni.
Trudno by to była prawda, ale jeżeli istotnie
obietnicy dotrzymaliby, to można się obawiać -
choć rzecz jasna nie jest to regułą - że
pośpiech miał niekorzystny wpływ na jakość i
staranność wykonanej naprawy.
Każdorazowo termin
powinien być określony w zleceniu. Jeżeli
wynosi on, powiedzmy, dwa tygodnie, to w
pisemnej umowie powinniśmy zastrzec, że po tej
dacie przysługuje nam obniżka umówionej kwoty
zapłaty za każdy dzień zwłoki - lub odsetki,
co zresztą na jedno wychodzi. Samo auto
zastępcze sprawy nie rozwiązuje do końca:
przecież wolimy jeździć własnym, wygodnym
samochodem, niż mniejszym najczęściej
pojazdem, którego stan techniczny pozostawia
niekiedy wiele do życzenia.
Czas klienta
Jeżeli przedstawiciele wytypowanego warsztatu
nie zgodzą się na nasze warunki, jeżeli
poczują się dotknięci naszą nieufnością,
jeżeli będą przekonywać, że nie ma potrzeby,
byśmy tak dokładnie zabezpieczali nasze
interesy - zrezygnujmy. To już nie te czasy,
gdy właściciel warsztatu mógł do woli
przebierać sobie wśród zleceniodawców.
Serwisów specjalizujących się w naprawach
powypadkowych jest naprawdę wiele i jest w
czym wybierać. Dziś rynek usług
motoryzacyjnych to rynek klienta. Tylko klient
dość często o tym nie wie. I niestety płaci
frycowe.
|
ZANIM ODSTAWIMY
AUTO DO WARSZTATU BLACHARSKIEGO
1. Usuńmy
pojazd, by nie tarasował drogi innym
uczestnikom ruchu.
2. Skontaktujmy się ze swoim
agentem ubezpieczeniowym który może nam
pomóc w wyborze odpowiedniego warsztatu
oraz wezwać "holownik".
3. Poszukiwania najlepszego
warsztatu możemy też rozpocząć na własną
rękę, prosząc o rekomendację znajomych
lub przedstawicieli działu technicznego
danej marki.
4. Po wytypowaniu warsztatu
blacharskiego spróbujmy dowiedzieć się
jak najwięcej szczegółów dotyczących
naprawy (sposobu rozliczenia, czasu
naprawy, auta zastępczego, użytych
części).
5. Koniecznie czytajmy to, co
podpisujemy w serwisie! Powinien tam
znaleźć się punkt dotyczący terminu
odbioru auta i konsekwencji za
przekroczenie go.
6. Pamiętajmy, że to my
decydujemy o wyborze warsztatu. |
|
NASZA RADA
Dobra praktyka warsztatowa rzeczywiście
wskazuje, by używać wyłącznie nowych
części zamiennych. Ale można też
dopuścić, kierując się zdrowym
rozsądkiem, wyjątki. Dotyczą one przede
wszystkim części blacharskich, które nie
są spawane do nadwozia (pokrywy, drzwi,
przykręcane błotniki), lecz także np.
bocznych szyb itp. (ale już nie
uszczelek tych szyb!). Nawet najbardziej
oryginalna pokrywa silnika nie jest
przygotowana lakierniczo tak jak pokrywa
znajdująca się w samochodzie. Stąd
jeżeli użyjemy nieuszkodzonej pokrywy z
rozbitka, to po polakierowaniu będzie
ona nawet lepsza od "nowej". I z
pewnością tańsza. Przy okazji
oszczędzimy nieco środowisko naturalne.
Jest tylko jedno "ale": wybór sprawnych,
używanych części możemy powierzyć
jedynie naprawdę zaufanemu warsztatowi. |
Źródło: Mieczysław Teer
"Być mądrym po szkodzie", MOTOR nr 49 (2634),
2 grudnia 2003, str. 34-35