Szukaj  Search  Suchen

0
0
BYĆ MĄDRYM PO SZKODZIE
 

Przed chwilą mieliśmy kolizję, w ręku trzymamy już oświadczenie sprawcy, ale nadal nie możemy opanować zdenerwowania. Nasz piękny, pielęgnowany samochód bardziej przypomina egzemplarz przeznaczony do złomowania, niż pojazd, który ma nam jeszcze służyć.

Tydzień temu pisaliśmy, jak zachować się zaraz po kolizji, zabezpieczyć miejsce zdarzenia, na co zwrócić uwagę podczas przygotowania oświadczenia sprawcy i w jakich okolicznościach niezbędne jest wezwanie policji. Tym razem zajmiemy się problemem, co zrobić dalej z rozbitym autem i jakie "niespodzianki" mogą na nas czyhać.

 

"Holownik" na zawołanie
Zdaję sobie sprawę, że każdy uczestnik kolizji jest zdenerwowany, niezależnie od tego, czy tzw. stłuczka powstała z jego winy, czy też nie. Ale właśnie dlatego nie powinien wtedy - dla własnego dobra - podejmować jakichkolwiek decyzji, dopóki nie opadną emocje.

Zazwyczaj już po kilku minutach od zdarzenia, zanim jeszcze nadjedzie policyjny radiowóz czy pogotowie ratunkowe, nadciągają "pomocnicy" czyli pojazdy pomocy drogowej.

Często zdarza się, że pojawia się ich nawet kilku. Spieszą się, bo wiedzą, że kto pierwszy, ten lepszy. Trudno jednoznacznie ustalić, skąd czerpią tak błyskawiczną informację, ale faktem jest, że w tej dziedzinie wyprzedzają wszystkie inne służby.

Czemu tak się spieszą? Otóż nie tylko dlatego, by zainkasować słoną opłatę za holowanie do serwisu. Każdy z "pomocników" ma prócz tego nieformalną umowę z jednym lub kilkoma warsztatami, specjalizującymi się w naprawach rozbitych samochodów, i dostarczenie do nich auta przynosi mu wymierne, a nieopodatkowane, korzyści finansowe.

I właśnie dlatego życzliwy "pomocnik" poleca zdenerwowanemu i zdezorientowanemu właścicielowi uszkodzonego auta miejsce, w które najchętniej dostarczy rozbity wóz. Rekomendowany przez niego serwis jest oczywiście najlepszy, najtańszy, pracuje najszybciej i dysponuje najnowocześniejszymi urządzeniami. Nie zawsze, niestety, jest to prawda.

W pułapce
Dowieziony do warsztatu, wciąż jeszcze zdenerwowany klient niemal machinalnie podpisuje zlecenie na naprawę. Pół biedy, jeżeli remont jest dokonywany za pieniądze właściciela samochodu. Znacznie gorzej, gdy płatnikiem ma być ubezpieczyciel. Klient otrzymuje wówczas do podpisania zlecenie, by firma ubezpieczeniowa przelała zapłatę na konto warsztatu.

I kiedy je podpisze, jest już całkiem przegrany. Nie ma bowiem żadnych, albo prawie żadnych, sankcji, by wyegzekwować od warsztatu rzetelność i terminowość naprawy oraz - jeżeli jest mu to potrzebne - samochód zastępczy. Cofnięcie upoważnienia na przelanie odszkodowania na konto warsztatu (jedyny pewny środek nacisku) może spowodować, że rozebrany samochód zostanie wystawiony z warsztatu. Klient może tylko zgrzytać zębami, gdy kolejne wyznaczane przez serwis terminy odbioru auta nie są dotrzymywane, gdy fakt, iż jego auto stoi pod płotem, tłumaczony jest trudnościami w zdobyciu części zamiennych (albo nie tłumaczony wcale) i gdy właściciel serwisu nie odpowiada na na jego telefony etc., etc. Bywa nawet, że gdy przyjedzie obejrzeć postępy prac przy swoim aucie, odpowiada mu się, że nie pokazują auta w trakcie naprawy (sic!).

Zlecenie przecież już dał, o pieniądze nie będzie się targował, bo nie on płaci, lecz ubezpieczyciel. Innymi słowy - jest już schwytany w sieć nierzetelnego warsztatu, z którego trudno mu się będzie uwolnić.

Często przy tym się zdarza, że każdy następny zleceniodawca, który przyjedzie do serwisu, zwłaszcza taki, który sam płaci za naprawę - jest obsługiwany w pierwszej kolejności, bo może zdecydować się na naprawę w tym warsztacie lub jechać do konkurencji. O niego trzeba dbać. O złowionego już nie.

Co ciekawe, jedną z pierwszych czynności, którą wykonuje serwis, jest demontaż rozbitka. Teoretycznie dlatego, by przedstawiciel ubezpieczyciela mógł weryfikować zakres szkód. Praktycznie po to, aby klient się nie rozmyślił. Jak bowiem zabierać samochód na przykład ze zdemontowanym zawieszeniem...

Jak więc postępować, by być "mądrym po szkodzie"?

Bez pośpiechu
Po pierwsze - nie należy godzić się na propozycję "holownika". Jeżeli chce poczekać, aż podejmiemy przemyślaną decyzję o miejscu naprawy naszego auta, to niech czeka. Jeżeli nie, niech odjeżdża. Nawet wówczas - a sytuacje takie się zdarzają - gdy policja nalega na odholowanie rozbitego samochodu, możemy jedynie usunąć auto z jezdni, a wcale niekoniecznie natychmiast je odholowywać.

Fakt, że dany zakład posiada autoryzację jakiejś marki, wcale nie oznacza, iż będziemy w nim właściwie obsłużeni! Możemy natomiast przeprowadzić telefoniczną sondę wśród zmotoryzowanych znajomych, by polecili jakiś serwis, który znają z własnego doświadczenia lub z doświadczeń innych. Warto też zadzwonić do działu technicznego importera lub producenta samochodu z prośbą o zarekomendowanie kilku najbliższych zakładów. Oczywiście przy założeniu, że rekomendację tę traktujemy wyłącznie jako materiał pomocniczy, nie zaś decydujący.

Następnym krokiem jest rozmowa telefoniczna z przedstawicielami wytypowanych serwisów. Podstawowym pytaniem, jakie należy zadać, jest to, czy dostaniemy samochód zastępczy na czas naprawy. Brak auta zastępczego lub deklaracja, że chwilowo nie ma, ale będzie za kilka dni (realizacji takiej obietnicy nie da się nijak wyegzekwować), może nas skłonić do zakończenia rozmowy. Przydzielenie nam auta zastępczego przez zleceniobiorcę jest praktycznie jedyną gwarancją, że będzie się starał dokonać naprawy szybko i rzetelnie. Na żadne inne metody "dopingujące" nie mamy co liczyć.

Dowodem wyjątkowej troski o zachowanie należytej staranności przy wyborze warsztatu byłyby odwiedziny w nim (jeszcze bez samochodu) i zwrócenie uwagi na to, co może zaobserwować laik: porządek, czystość (warsztatu, a nie miejsca, gdzie przyjmuje się klientów!) i organizacja pracy. Trudno jednak "na zapas" szukać takiego miejsca.

Jeżeli naprawę wykonujemy na koszt swojego ubezpieczyciela, albo ubezpieczyciela sprawcy szkody, nie oznacza to bynajmniej, że musimy wystawiać zleceniobiorcy upoważnienie do odbioru pieniędzy. Gdy przedstawiciel firmy asekuracyjnej zatwierdzi przygotowany przez warsztat kosztorys remontu (oczywiście w grę wchodzi wyłącznie użycie nowych części i zastosowanie technologii naprawy przewidzianej przez producenta), równie dobrze to my możemy odebrać pieniądze z kasy ubezpieczyciela i zapłacić nimi za solidnie i terminowo wykonaną usługę.

W przypadku gdy za naprawę płaci firma ubezpieczeniowa, warto zdecydować się na wybór autoryzowanej stacji obsługi danej marki. Koszt prac i części jest wówczas znacznie wyższy niż w serwisie obsługującym wiele marek, ale nas to przecież nie dotyka, istnieje zaś większe prawdopodobieństwo wykonania naprawy zgodnie z normami. Oczywiście pewności nie mamy również w tym przypadku, ale...

Jeżeli mówimy o terminie, to z dużą dozą nieufności powinniśmy potraktować warsztat, w którym obiecują, że mocno rozbite auto będzie gotowe za kilka dni. Trudno by to była prawda, ale jeżeli istotnie obietnicy dotrzymaliby, to można się obawiać - choć rzecz jasna nie jest to regułą - że pośpiech miał niekorzystny wpływ na jakość i staranność wykonanej naprawy.

Każdorazowo termin powinien być określony w zleceniu. Jeżeli wynosi on, powiedzmy, dwa tygodnie, to w pisemnej umowie powinniśmy zastrzec, że po tej dacie przysługuje nam obniżka umówionej kwoty zapłaty za każdy dzień zwłoki - lub odsetki, co zresztą na jedno wychodzi. Samo auto zastępcze sprawy nie rozwiązuje do końca: przecież wolimy jeździć własnym, wygodnym samochodem, niż mniejszym najczęściej pojazdem, którego stan techniczny pozostawia niekiedy wiele do życzenia.

Czas klienta
Jeżeli przedstawiciele wytypowanego warsztatu nie zgodzą się na nasze warunki, jeżeli poczują się dotknięci naszą nieufnością, jeżeli będą przekonywać, że nie ma potrzeby, byśmy tak dokładnie zabezpieczali nasze interesy - zrezygnujmy. To już nie te czasy, gdy właściciel warsztatu mógł do woli przebierać sobie wśród zleceniodawców. Serwisów specjalizujących się w naprawach powypadkowych jest naprawdę wiele i jest w czym wybierać. Dziś rynek usług motoryzacyjnych to rynek klienta. Tylko klient dość często o tym nie wie. I niestety płaci frycowe.

ZANIM ODSTAWIMY AUTO DO WARSZTATU BLACHARSKIEGO

1. Usuńmy pojazd, by nie tarasował drogi innym uczestnikom ruchu.
2. Skontaktujmy się ze swoim agentem ubezpieczeniowym który może nam pomóc w wyborze odpowiedniego warsztatu oraz wezwać "holownik".
3. Poszukiwania najlepszego warsztatu możemy też rozpocząć na własną rękę, prosząc o rekomendację znajomych lub przedstawicieli działu technicznego danej marki.
4. Po wytypowaniu warsztatu blacharskiego spróbujmy dowiedzieć się jak najwięcej szczegółów dotyczących naprawy (sposobu rozliczenia, czasu naprawy, auta zastępczego, użytych części).
5. Koniecznie czytajmy to, co podpisujemy w serwisie! Powinien tam znaleźć się punkt dotyczący terminu odbioru auta i konsekwencji za przekroczenie go.
6. Pamiętajmy, że to my decydujemy o wyborze warsztatu.

 

NASZA RADA
Dobra praktyka warsztatowa rzeczywiście wskazuje, by używać wyłącznie nowych części zamiennych. Ale można też dopuścić, kierując się zdrowym rozsądkiem, wyjątki. Dotyczą one przede wszystkim części blacharskich, które nie są spawane do nadwozia (pokrywy, drzwi, przykręcane błotniki), lecz także np. bocznych szyb itp. (ale już nie uszczelek tych szyb!). Nawet najbardziej oryginalna pokrywa silnika nie jest przygotowana lakierniczo tak jak pokrywa znajdująca się w samochodzie. Stąd jeżeli użyjemy nieuszkodzonej pokrywy z rozbitka, to po polakierowaniu będzie ona nawet lepsza od "nowej". I z pewnością tańsza. Przy okazji oszczędzimy nieco środowisko naturalne. Jest tylko jedno "ale": wybór sprawnych, używanych części możemy powierzyć jedynie naprawdę zaufanemu warsztatowi.

Źródło: Mieczysław Teer "Być mądrym po szkodzie", MOTOR nr 49 (2634), 2 grudnia 2003, str. 34-35

 

0
0

 

0
0
 
Copyright by KRIS96  © 2005 - 2006 Poland tuningmania.pl